78°13′N – najbardziej na północ!

Rano obudziło nas piękne słońce. Wciąż nie mogliśmy uwierzyć, że dotarliśmy tak daleko na północ. Za oknem rozpościerał się przepiękny widok na sąsiadujące z hotelem szczyty gór. Szybkie śniadanie, herbata do termosu i ruszamy na miasto, uprzednio zakładając na siebie kilka warstw ciepłych ubrań, bo na zewnątrz prawie 0 stopni. Jeśli będziecie kiedykolwiek chcieli pojechać jak najdalej na północ, będzie to prawdopodobnie Longyearbyen. Niewielu stać na to, by dotrzeć na sam biegun. Ale Svalbard i leżące na nim miasteczko to prawdziwy przedsionek Arktyki.

Longyearbyen, domki

Longyearbyen, termometr

Longyearbyen urzeka nas od pierwszego wejrzenia. Trudno powiedzieć z jakiego powodu, bo gdyby się dłużej nad tym wszystkim zastanowić to w zasadzie nic tu nie ma – jest ogromna pustka, kolorowe domki rozrzucone jak klocki między wzgórzami i niewiele ponad 2000 ludzi, którzy zdecydowali się na życie w tych trudnych warunkach. Natychmiast jednak odnajdujemy spokój ducha i izolację od pędzącego szaleńczo na co dzień życia. Nie ma miliona bodźców, nie ma hałasu – tylko my i przepiękna, majestatyczna przyroda.

Longyearbyen

Historia Svalbardu sięga XII wieku, jednak właściwego odkrycia dokonał dopiero w XVI wieku Willem Barents. Longyearbyen jest najstarszą osadą na Svalbardzie, która nazwę zawdzięcza Amerykaninowi – John Munro Longyear rozpoczął tu wydobycie węgla w 1906 roku. Jego firma była w zasadzie jedynym właścicielem miasteczka. Z czasem Longyearbyen przeszło pod jurysdykcję norweską. Operacje wydobywcze węgla odbywały się pod szyldem kompanii Store Norske. Dopiero w 1976 roku Longyearbyen przestało być miastem firmowym i stało się normalną częścią norweskiego terytorium. Wtedy rozpoczęto budować szkoły i przedszkola oraz szpital, a miasteczko zaczęło funkcjonować w ogólnym obiegu informacji i przestało być miejscem wyizolowanym od świata. Prawdziwy przełom nastąpił w momencie wybudowania lotniska cywilnego – oczywiście jest to najdalej na północ wysunięte lotnisko międzynarodowe na świecie. Do 1974 roku Longyearbyen było odcinane od świata w czasie zimy. Można się tam było dostać tylko statkiem, co było niemożliwe gdy wejście do portu zamarzało. Moment wybudowania lotniska, które umożliwiło regularne dostawy żywności i wszelkich innych produktów potrzebnych człowiekowi do życia, uznaje się za najważniejszy we współczesnej historii miasta.

Longyearbyen, pomnik

Od lat 90. ubiegłego wieku Longyearbyen wkroczyło w nowy etap rozwoju – górnictwo odgrywało coraz mniejszą rolę, zaczęła rozwijać się turystyka, a także przemysł naukowo-badawczy. W centrum miasta znajduje się uniwersytet, a swoje stacje badawcze ma wiele różnych państw (w tym m.in. Polska). Każdy kto chce się tu osiedlić musi mieć pracę, a spora część takich osób to właśnie naukowcy z całego świata. Poza tym spotkacie tu oczywiście całkiem sporo turystów, bo w sezonie letnim w Longyearbyen ląduje codziennie 5 samolotów rejsowych, często wypełnionych po brzegi.

Longyearbyen, samolot Norwegian

Longyearbyen, znak Longyearbyen, znak

Nasz hotel położony jest 2 km od centrum miasta. Idąc w kierunku kościoła zwracamy uwagę na szyby opuszczonych kopalni, które jednoznacznie nawiązują do dawnych dziejów miasta. Sceneria jest absolutnie filmowa. W kościele przy wejściu wisi kartka z prośbą o zdjęcie butów. Jesteśmy tym trochę zdziwieni, ale później okazuje się, że dotyczy to większości miejsc: muzeów, informacji turystycznej, hoteli, domów prywatnych i urzędów. Są kapcie na zmianę, ale można też chodzić w skarpetkach. O ile latem pomysł może wydawać się nie do końca uzasadniony, tak zimą gdy za oknem śnieg, plucha i zawierucha jest to na pewno bardzo praktyczne rozwiązanie. W kościele można napić się herbaty, skorzystać z bezpłatnego wifi, zrobić zdjęcie z niedźwiedziem i rozgrzać zmarznięte kości.

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kościół

Longyearbyen, kościół Longyearbyen, kościół

Longyearbyen, kościół

Z kościoła idziemy w kierunku starych zabudowań kopalnianych. Jak się później okazuje – nieświadomie łamiemy prawo, gdyż znajdują się one poza terenem, po którym można poruszać się bez broni. Na szczęście nie spotykamy żadnego niedźwiedzia i bezpiecznie wracamy w stronę miasta. Zwracamy uwagę na nowoczesny dom kultury i sporych rozmiarów halę sportową. Nasz następny przystanek to muzeum Svalbardu. W tym niewielkim budynku przedstawiono historię wyspy, a także arktyczną przyrodę. Wstęp kosztuje 70 koron, ale nie jest to naszym zdaniem miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić. Chyba, że pogoda nie dopisuje lub nie macie innych pomysłów na spędzenie czasu. My wolimy pokręcić się po mieście.

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Wchodzimy w kolejne uliczki (które nie mają nazw, a jedynie numery) i oglądamy z bliska kolorowe domki. Przed każdym z nich stoją skutery (jest ich tu więcej niż samochodów i ludzi i jest to główny środek transportu) i narty. Gdzieniegdzie suszy się mięso. W końcu trafiamy na główny deptak, wzdłuż którego znajdują się restauracje, kawiarnia i sklepy z pamiątkami. A także poczta, bank i pomnik górnika oraz jedyny w mieście supermarket. Wszystkie te rzeczy należą oczywiście do kategorii „najbardziej północne na świecie“. Co ciekawe jest tu również tajski sklep – okazuje się, że to druga, po Norwegach, najbardziej liczna społeczność w Longyearbyen. Pracujący tu górnicy często odwiedzali Tajlandię szukając miłości, a wakacyjne romanse owocowały często małżeństwami. Tajskie żony przyjeżdżały więc w Longyearbyen i niekiedy sprowadzały innych członków swoich rodzin.

Longyearbyen

Longyearbyen Longyearbyen

Longyearbyen

Longyearbyen

Longyearbyen Longyearbyen

Longyearbyen Longyearbyen

Longyearbyen

Obiad jemy w restauracji Kroa, z myśliwskim charakterem i wystrojem. Ceny zwalają nas z nóg i cieszymy się, że mamy ze sobą własne jedzenie, bo inaczej poszlibyśmy z torbami. Ale dla mieszkańców nie są to gigantyczne kwoty. Średnia płaca na archipelagu to ok. 20 000 NOK, czyli ok. 10 tys PLN. Sporo osób zarabia jeszcze więcej, ale wydają równie dużo, bo ceny są tu jeszcze wyższe niż w kontynentalnej Norwegii. Najdroższe są owoce i warzywa, bo płaci się nie tylko za witaminy, ale przede wszystkim za ich transport. Svalbard ma za to status strefy wolnocłowej, więc alkohol i papierosy są tu tańsze niż u nas. Mieszkańcy miasta mają ograniczone ilości wódki i piwa, które mogą kupić co miesiąc (wino nie podlega restrykcjom) natomiast turyści muszą przy zakupie okazać bilet lotniczy.

Wysmagani arktycznym wiatrem wracamy do hotelu. Jutro trekking do Fuglefjella. Sen przychodzi szybciej niż wczoraj, choć zegar biologiczny trochę wariuje, gdy na zewnątrz nieustannie świeci słońce. Za to wiemy już, że złapaliśmy bakcyla północy i będziemy chcieli tu wracać.