Jak to się zaczęło…

Szukaliśmy pomysłu na wakacje. Kryteria były proste. Wyjeżdżamy zimą, najpóźniej na początku wiosny, gdzieś gdzie będzie wtedy ciepło i oby było w miarę daleko od Polski. Początkowo nasze myśli krążyły w okolicach Brazylii, Meksyku lub jakiś afrykańskich klimatów. Osobiście chciałem zwiedzić jak najwięcej, czyli najlepiej wypożyczyć samochód i jeździć z miejsca na miejsce. Brazylię skutecznie zniesmaczyli nam znajomi, którzy opisali swoje przygody i sposoby jak należy zabezpieczać się przed obrabowaniem, napadem lub innymi „przyjemnościami”. Meksyk, też odpadł dość szybko w sumie trochę z podobnych powodów, a trochę gdyż nagle spontanicznie pojawił się nowy cel.

To był impuls. Błądząc palcem i myślami po mapie wypaliłem nagle: „Nowa Zelandia”. Na początku pomysł mimo spełnienia wszystkich kryteriów, wydał się trochę nierealny… Jednak za daleko, za dużo to będzie kosztować, nikt znajomy tam nie był, więc nie udzieli cennych rad. Dni mijały, a nowe pomysły na wyjazd się nie pojawiały. Za to coraz częściej wracał temat ojczyzny Maorysów. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że nie mówimy już o żadnych innych możliwościach. Byliśmy zafiksowani na Nową Zelandię. Oczywiste stawało się, że nie zmienimy zdania. Trzeba było jedynie kupić bilety i zacząć planować…

I tak się właśnie stało! Na początku grudnia kupiliśmy bilety lotnicze na trasie Warszawa – Christchurch. Teraz nie ma już odwrotu – lecimy na początku marca na cały miesiąc do krainy Kiwi.

Zachęcamy do lektury.

Dodaj komentarz