Jak w kieleckim, czyli znowu na końcu świata

Dziś postanowiliśmy pozostawić Argentynę w tyle i udać się do Chile (rym celowy).

Naszym wypożyczonym samochodem zrobiliśmy ponad 300 km przez patagońskie pustkowia, by dotrzeć do chilijskiego Puerto Natales. Droga była dość monotonna, w większości prowadziła przez stepową równinę. Bardzo rzadko mogliśmy zaobserwować pasące się pojedyncze sztuki gwanako. Czasem gdzieś na skraju drogi przejechał gaucho na swym koniu. Krajobraz zaczął się urozmaicać dopiero kilkanaście kilometrów przed Rio Turbio. Stepową monotonię zaczęły przerywać drzewa, jaskrawo zielone kępy traw i pagórki obsiane koniczyną.

Ale prawdziwe zachwyty ogarnęły nas dopiero w Chile. Może narazie nie nad krajobrazami, bo pochmurna i wietrzna pogoda utrudniła ich podziwianie, ale przede wszystkim ludźmi i atmosferą. Tu wszyscy są mili, uśmiechnięci, serdeczni i bardzo pomocni. Proporcjonalnie więcej osób zna angielski, choć i tu, jak i w Argentynie bywają z tym duże problemy.

Porównując też argentyńskie El Calafate i chilijskie Puerto Natales, to drugie wydaje się dużo sympatyczniejsze (choć wiatr wieje tu jeszcze mocniej, a chmury są jeszcze bardziej stalowe).

W Chile spędzimy 3-4 dni, ale w naszych głowach już pojawił się pomysł powrotu do tego kraju.

Flamingi na Lago Argentino

Lago Argentino

Lago Argentino

Argentyśka pampa

Gwanako andyjskie

Dodaj komentarz