Jeśli nie stek, to co?

Argentyńska kuchnia nieodzownie kojarzy się ze stekami i dużą ilością mięsa. Poza tym, przyznaję, nie potrafiłabym za bardzo wymienić żadnej charakterystycznej dla tego regionu potrawy. Ale po tygodniu wiemy już oboje trochę więcej, choć jak do tej pory kuchnia argentyńska jeszcze nie zdążyła nas zachwycić.

Śniadania Argentyńczycy jadają wyłącznie na słodko. Zwykle są to kruche rogaliki z nadzieniem i kawa, niekiedy również owoce. Zamiast nutelli używają dulche de leche, które jest też nieodłącznym elementem prawie każdego deseru.

Następnym posiłkiem jest lunch, a kolację na ciepło spożywa się późnym wieczorem- tylko zagraniczni turyści około 17-18 z niecierpliwością wypatrują otwarcia knajp po poobiedniej sjeście. Argentyńczycy zaczynają biesiadować znacznie później – zwykle około 21:00.

Faktycznie steki i wszelkie rodzaje mięsa, najczęściej grillowanego, zajmują w kartach najwięcej miejsca. Wołowina (i jagnięcina) smakuje wyśmienicie i w zasadzie nie potrzebuje żadnych dodatków. Wielohektarowe posiadłości sprzyjają temu, że krowy hodowane są w naturalnych warunkach, co przekłada się bezpośrednio na doskonałą jakość mięsa. To tłumaczyłoby również ogromną prostotę serwowanych potraw. Mięso jest na talerzu głównym bohaterem, dodatki wypadają blado, a o surówkach i świeżych warzywach można prawie zapomnieć.

Ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie natomiast fakt, że w Argentynie nie brakuje dań kojarzonych z kuchnią włoską- to zasługa włoskich imigrantów, którzy w XX wieku przeobrazili kraj. Na przełomie XIX i XX wieku przybyło ich do Argentyny około miliona, dziś ponad połowa Argentyńczyków ma włoskie korzenie. Pizze, lasagne, ravioli i risotta serwowane są w niemal każdej restauracji, tuż obok steków. Pewien specjał ma podobno szczególne znaczenie: to kluski ziemniaczane noquis, spożywane 29 każdego miesiąca, gdy domowa kasa świeci pustkami. Musimy sprawdzić kiedy serwują to danie w lutym.

Obecne, choć w niewielkim stopniu, są również ryby i owoce morza. Gospodarz hostelu w Chile, najmilszy człowiek świata, którego tu spotkaliśmy, polecając nam najlepszą restaurację w mieście zasugerował, że pewnie chcemy odpocząć od argentyńskiego mięsa. W Chile zjadłam najlepszego chyba w życiu łososia.

I skoro płynnie przeszliśmy do Chile, to nie mogę nie wspomnieć o wczorajszym kulinarnym objawieniu. Zwykle dość sceptycznie podchodzę do wszelkich rankingów i zestawień oraz rekomendacji Lonely Planet, czy tripadvisor, ale zaryzykowaliśmy i nie żałujemy – restauracja Afrigonia, łącząca w sobie wpływy afrykańskie i patagońskie to najlepsza restauracja, w jakiej ostatnio byliśmy – i nie mam tu na myśli tylko tego kontynentu. Zjedliśmy comber jagnięcy w sosie miętowym z pieczonymi ziemniakami, oraz jagnięcinę w sosie morelowym z ryżem curry z rodzynkami i migdałami. Obiad przypieczętowaliśmy ciastem czekoladowym z sosem z białej czekolady i owoców. Dania były wyśmienite – pod każdym względem. Jedna wielka feria smaków. I choć jest to miejsce zupełnie niechilijskie – jeśli kiedyś zawitacie do Puerto Natales, koniecznie zjedzcie tam kolacje. W sezonie letnim warto zrobić rezerwację.