Kulinarny misz-masz III

Jeśli macie ochotę na dobry obiad i miłą odmianę od powszechnej i wszędobylskiej fish&chips na które siłą rzeczy będziecie skazani (a wiedzieć musicie, że frytki wychodzą nam uszami) i możecie sobie pozwolić na trochę większy wydatek, polecamy kilka miejsc, które odwiedziliśmy i które nam się spodobały.

Catlins : Whistling Frog Cafe
Restauracja zlokalizowana w rejonie Catlins, idealna dla tych, którzy zdecydują się na wycieczkę wytyczoną szlakiem Souther Scenic Route.
Być może to takie „spaczenie” z Polski, ale zatrzymując się w przydrożnym barze nie spodziewaliśmy się cudów – szczerze mówiąc byliśmy piekielnie głodni i była to pierwsza od kilkudziesięciu kilometrów knajpa, którą mijaliśmy po drodze, więc chcieliśmy zjeść cokolwiek.
Powiem tak: smak kurczaka wspominam do dziś. Pięknie podane, doskonale przyprawione potrawy wybiegały daleko poza wyobrażenie tego, czego można spodziewać się po przydrożnym barze.
A porcje – przeogromne. Zamówiliśmy kurczaka i jagnięcinę – oba mięsa, świetnie przyrządzone, podane ze świeżą sałatką i puree ziemniaczanym. Dania, których nie powstydziłaby się żadna porządna restauracja. Największe zaskoczenie wyjazdu!
Cena dania głównego: od 25 NZD

Nelson:  Cafe Affair
Restauracja w samym centrum miasta.
edna z najlepszych ryb jakie jadłam w życiu, podana z makaronem i warzywami w sosie z cukru palmowego. Wybór mięs podawany na kamiennym grillu – steki i inne przysmaki można usmażyć wedle upodobań. Ciekawa odmiana od tradycyjnych sposobów serwowania mięsnych dań plus bardzo korzystna cena w porównaniu z cenami tego rodzaju dań w Polsce! (Stek z polędwicy na gorącym kamieniu w jednej z warszawskich restauracji kosztuje 118 zł,  na NZ – dużo mniej).
Ceny dania głównego: od 25 NZD

Wellington: Olive Cafe (Cuba Street)
Położona na jednej z głównych ulic w Wellington. Weszliśmy tam, bo była zapełniona po brzegi, i okazało się, że to dobry trop. Duży wybór ryb, świeże dodatki, ciekawe kompozycje smakowe sosów i sałatek.
Ceny dania głównego: od 25 NZD

Queenstown: FERGBURGER
Kierowani intuicją również postanowiliśmy zjeść tam, gdzie było dużo ludzi. Kolejka do Fergburgera sięgała kilkunastu osób, kiedy się w niej ustawialiśmy. Ale warto było czekać! Choć moda na burgery dotarła do Polski jakiś czas temu i trochę się tego zjadło, muszę powiedzieć, że te burgery to było coś wyjątkowego! Pyszna bułka, świeżutkie i dobrze doprawione mięso oraz chrupiące dodatki (z nietypowych – burak marynowany) i pyszne sosy sprawiły, że miałam ochotę na drugą porcję. Jednak rozmiar burgera mnie pokonał i stanęło na jednym.
Ceny: 10-15 NZD (dodatkowy plus!!)

Na koniec jeszcze uwaga generalna: przez miesiąc poza chyba jednym wyjątkiem nie zdarzyło nam się zjeść nic, co nie byłoby dobre. Może po prostu czasem wybór był nietrafiony, ale każda nawet najbardziej z pozoru zapyziała knajpa potrafiła nas zaskoczyć. Co prawda fish&chips nie jest żadną filozofią, ale jestem pewna że i to można zepsuć. Więc albo mieliśmy dużo szczęścia, albo po prostu Nowozelandczycy rządzą w kuchni! Jest aromatycznie i świeżo!

komentarze 2

  • Anonymous napisał(a):

    Hej, z tym burakiem w burgerze to wcale nie tak nietypowo. W Australii i NZ to normalny dodatek do burgerow, tak jak w Polsce salata :)

    Pozdrawiam z Australii

  • j napisał(a):

    Nietypowe – dla nas :-) W Polsce nie spotkałam się z takim dodatkiem, choć to pewnie kwestia czasu. Na razie króluje sałata, pomidory, ogórki, cebula i sery.

Dodaj komentarz