Punta Arenas i Isla Magdalena

Mimo przygód z samochodem, dotarliśmy wczoraj Rutą del Fin del Mondo do Punta Arenas. To portowe miasto początkowo przytłoczyło nas swoją wielkością. Zwłaszcza gdy porównywaliśmy je do cichego i małego Puerto Natales. Ale gdy już przywykliśmy do „wielkomiejskości” i tu zaczęło nam się podobać.

Chile, w drodze

Ruta del Fin del Mondo, Chile

Chile, w drodze

Chile, w drodze

Gwanako

Punta Arenas, Chile

Naszym głównym powodem wyprawy w te okolice była chęć popłynięcia na Isla Magdalena, do jednej z największych kolonii pingwinów magellańskich. Rejs statkiem o zabawnie brzmiącej nazwie „Melinka” zajmuje dwie godziny w jedną stronę, ale zdecydowanie warto.
Na wyspie Magdaleny byliśmy prawdziwymi gośćmi, bo jej gospodarzami jest ponad 100.000 pingwinów (i trochę mniej mew). Wędrowaliśmy pomiędzy tymi ptakami, które zdawały się nic nie robić z naszej obecności. Niektóre wylegiwały się w słońcu, inne wędrowały po pagórkach, część łowiła ryby w zatoczkach. Widok był naprawdę niesamowity. Pingwiny rozsiane wszędzie… Leniwie na nas spoglądały, czasem charakterystycznie ziewały, lub machały skrzydłami. Ten widok trudno opisać słowami. To było jak sen, w którym znajdujemy się w zupełnie innym świecie. Dla takich miejsc i chwil warto lecieć na drugi koniec świata.

Zdjęcia z Isla Magdalena w formie wideo

KOSZTY:

Rejs z Punta Arenas (firma Comapa): 28000 peso

  • m

    Niezła podpucha z tymi ssakami, czytamy czytamy;) Pozdro!

  • Anonymous

    może dla nich to są ssaki 😀

  • KM

    Oj tam, oj tam. To autokorekta zmieniła 😉

  • m

    To ja tylko dodam, że na początku przeczytałem „Malinka” i pomyślałem, że to jakiś potomek Polonii miał tę łódź, a potem zobaczyłem, że się pomyliłem i że to jednak „Melinka”, ale zaraz pomyślałem, że to nawet bardziej pasuje do potomków Polonii;) Jak będę miał knajpę nazwę ją „Melinka”!

    Ps. Tu już wiosna!