Samochodem po Argentynie i Chile

Część naszej południowo-amerykańskiej wyprawy właśnie dobiegła końca. To część samochodowa. Przez ostatnie dwa tygodnie przejechaliśmy wypożyczonymi autami prawie 3000km. W tym czasie mieliśmy trochę przygód, a także poczyniliśmy kilka obserwacji dotyczących tutejszych wypożyczalni i szeroko rozumianej komunikacji samochodowej w Chile i Argentynie.

WYPOŻYCZALNIE

Z wypożyczeniem samochodu w Argentynie nie będzie problemu. Trzeba jednak pamiętać o kilku podstawowych rzeczach.
– Jeśli chcecie samochodem przekroczyć granicę z Chile, będziecie musieli zapłacić 500 peso ekstra za pozwolenie i dokument uprawniający do takiej podróży
– Poza typowym zabezpieczaniem przed wszelkiego rodzaju zdarzeniami drogowymi w postaci depozytu (zablokowanie środków na karcie kredytowej), wypożyczalnia podaje też stawkę za ewentualny „roll over” czyli dachowanie samochodu. W pierwszym momencie byliśmy mocno zdziwieni tą rubryką, ale gdy zobaczyliśmy pierwszy roll over i to na asfaltowej, szerokiej i prostej drodze, przestało nas to tak dziwić. Zwłaszcza, że górskie, kręte i kamieniste drogi nie są zbyt przyjazne kierowcom.
– Planując terminy sprawdźcie daty lokalnych wydarzeń kulturalnych czy sportowych. W ich czasie ceny w wypożyczalniach znacznie rosną, a samochodów może zabraknąć.
– Lokalne firmy są tańsze niż międzynarodowe sieci, ale wymagają większych zabezpieczeń finansowych w razie wypadku.

Przeczytaj także nasze kompendium – jak wypożyczyć samochód?

STYL JAZDY

Czasami zastanawiałem się czy w Argentynie są jakieś egzaminy na prawo jazdy, czy być może tak błahy dokument nie jest tu wymagany i prowadzić samochód może każdy. To co można tu zaobserwować, sprawia że przestało mnie zupełnie dziwić stwierdzenie, że argentyńskie drogi są jednymi na najniebezpieczniejszych na kontynencie.
W miastach na szerokich jednokierunkowych ulicach panuje pełna dowolność. Pasy ruchu to tylko wymysł, wyobrażenie europejczyka. Tu można jeździć i wyprzedzać jak się tylko da. Po prawej, lewej, środkiem, slalomem – oby do przodu, oby szybciej. I oczywiście trzeba przyznać, że są kierowcy jeżdżący normalnie, ale mam poważne podejrzenia, że to byli turyści nieprzystosowani do tego jak tu się jeździ.
Poza miastami nie jest lepiej. Ograniczenia prędkości to tylko niepotrzebne znaki przy drodze. I tak prawie nikt ich nie przestrzega. Podobnie z zakazem wyprzedzania. Ba! Czasem im bardziej niebezpieczne miejsce, tym więcej kierowców pragnie udowodnić, że przepisy są bez sensu. Przecież wiadomo, że na zakręcie, pod górę, na podwójnej ciągłej to najlepsze miejsce na wyprzedzanie. Uwierzcie, polscy kierowcy nie mają w sobie tyle drogowego szaleństwa co Argentyńczycy.
Ale chyba największy szok przeżyliśmy na autostradzie w okolicach San Salvador de Jujuy. Gdy zobaczyłem pieszego przechodzącego na drugą stronę tej drogi, pomyślałem: „wariat”. Za chwile musiałem jednak zmienić zdanie, bo ten proceder okazał się normą. Ilość ludzi przechodzących przez cztery pasy autostrady była powalająca. Oczywiście ktoś może stwierdzić, że pewnie nie mają wyboru, że muszą jakoś przedostać się na drugą stronę. Owszem! Być może muszą i dlatego wybudowano dla nich wiele kładek nad drogą. Średnio co 500 metrów. Nikt z nich jednak nie korzysta, przecież lepiej ryzykować wpadnięcie pod koła samochodu jadącego 110km/h. Oczywiście przy założeniu, że wyjątkowo będzie przestrzegał ograniczenia prędkości.

INFRASTRUKTURA DROGOWA

Trochę na usprawiedliwienie argentyńskich kierowców muszę napomknąć nieco o oznakowaniu dróg i znakach. Najmniejszym problemem wydaje się bardzo słabe oznakowanie kierunków i rozjazdów dróg. W końcu jak jesteś w swoim kraju to wiesz dokąd jedziesz, a turysta nie jest najważniejszy. Przykładowo czegoś takiego jak znaki kierujące do przejścia granicznego nie ma wcale, ale to być może wpływ nienajlepszych relacji z sąsiednim Chile.
Równie błahym problemem jest mylne podawanie odległości do celu. Normą były tablice które najpierw mówiły, że do danego miasta mamy jeszcze 100 kilometrów, następnie okazywało się że już tylko 75, by po chwili pojawiał się znak że jeszcze 83.
Ale moim zdaniem największym problemem argentyńskich dróg jest zła informacja o zagrożeniach i ograniczeniach. Po co przestrzegać ograniczeń prędkości, skoro połowa znaków o nich informująca jest zbędna. Czasem są pozostałością po jakiejś dawno zakończonej przebudowie drogi, innym razem postawione zupełnie bez żadnej przyczyny. Wydaje mi się, że z tego powodu kierowcy często ignorują te zasadne ograniczenia.
Z drugiej strony wiele niebezpieczeństw na drodze jest oznakowana fatalnie lub wcale. Dziury lub specjalne rowy w poprzek jezdni (ułatwiające wodzie spływającej z gór przepłynięcie przez drogę w określonym miejscu) często nie są oznakowane. Sami widzieliśmy jak samochody dziurawią w takich miejscach opony. Niby normalna rzecz, ale gdyby kierowcy wiedzieli o takich niebezpieczeństwach, na pewno by zwolnili.
Podobnie sprawa ma się tu ze znakiem STOP. Widuje się go dość często, ale nikt nigdy się do niego nie stosuje. Natomiast w miejscach w których wydawałby się przydatny, jak przejazdy kolejowe, takich znaków nie ma.

PRZEJŚCIA DLA PIESZYCH

W Argentynie przejście dla pieszych bez sygnalizacji świetlnej to tylko kilka białych pasków na jezdni, na które żaden kierowca nie zwraca uwagi. Przedostanie się na drugą stronę ulicy w ruchliwym mieście jak np. Salta to prawdziwe wyzwanie. Jedyną skuteczną metodą jest wtargnięcie na jezdnię z nadzieją, że ktoś cię zauważy i może chociaż zwolni. Jeśli masz dużo szczęścia samochód się zatrzyma, jeśli mniej – minie cię o centymetry.
W Chile sytuacja zmienia się diametralnie. Tu przejście dla pieszych to prawdziwa świętość. Jeśli tylko znajdziesz się w jego pobliżu samochody z całą pewnością się zatrzymają i cię przepuszczą. W tej kwestii kierowcy na całym świecie mogą brać przykład z Chilijczyków.

KONTROLE DROGOWE

Argentyńscy policjanci uwielbiają stać na drogach i przynajmniej pozorować kontrole drogowe (zwłaszcza na północy kraju). Bardzo często spotykaliśmy zorganizowane patrole stojące na środku drogi i przyglądające się przejeżdżającym samochodom. Właściwie jedyną funkcją jaką spełniają, jest zmniejszenie prędkości przejeżdżających pojazdów (i chwała im za to!). Na kilkanaście takich blokad drogowych, ani razu nie zostaliśmy zatrzymani do kontroli.
W Chile kontrole drogowe właściwie nie występowały. Owszem, przy drogach widać od czasu do czasu posterunki policji, ale nigdy nie było przy nich pracujących funkcjonariuszy drogówki.

DROGI GÓRSKIE

Jedną z naszych górsko-samochodowych przygód już opisywaliśmy. Ale poza tym wydarzeniem, mieliśmy również inne problemy. Próbując dojechać do hotelu w Tilcarze nasz samochód nie dał rady podjechać pod kamienistą, stromą drogę. Zakopaliśmy się w małych kamyczkach i nie było żadnych szans by dostać się do celu. Porzuciliśmy auto, dotarliśmy do hotelu pieszo. Na szczęście zdradzono nam drugą, łatwiejszą trasę, którą udało się pokonać. Pomyślicie pewnie, że gdybyśmy mieli samochód z napędem na cztery koła, to nie byłoby problemu. W tym wypadku pewnie nie, ale w hotelu okazało się, że w czasie dużych opadów dojazd do ośrodka nie istnieje. Droga jest wypłukiwana przez rwący górski potok i nie ma szans dostać się w inny sposób niż pieszo przez pola. Mieliśmy szczęście, wszak podróżujemy w okresie deszczowym.
Mimo tych wszystkich mankamentów i drogowych przygód, zdecydowanie polecamy podróżowanie po Argentynie w ten sposób. Oczywiście rejsowe autobusy są tańsze, ale nie stają przy ciekawych miejscach przy drodze i nie dojeżdżają do wszystkich zakątków. Poza tym nie ma to jak prowadzenie własnego auta po słynnej argentyńskiej Routa 40. Zatem szerokiej i asfaltowej drogi.

droga do Hornocal

Salinas Grandes