Tłusty… wpis kulinarny

Z okazji tłustego czwartku, który u nas przeszedł bez echa, a dokładniej – bez ani jednego pączka -kolejny wpis kulinarny. Ale o pączkach w pewnym sensie też będzie!

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem kuchni chilijskiej. Wystarczy przejrzeć pierwsze z brzegu menu w restauracji, by zobaczyć, że różni się ona zdecydowanie od kuchni argentyńskiej- znacznie więcej w niej ryb i owoców morza, świeżych warzyw, zup i sałatek. Ale mięsa oczywiście też nie brakuje- wołowina i jagnięcina wiodą prym. Pojawiają się też lokalne przysmaki, jak np. gulasz z guanako (niektórzy chcieli nawet spróbować, na szczęście jednak danie nie było dostępne).

Chilijczycy (i Argentyńczycy) wiedzą co to dobre pieczywo! W każdej restauracji, w czasie oczekiwania na danie główne, na stole lądują ciepłe, często wypiekane na miejscu, chrupiące bułeczki oraz różne sosy lub pasty. Najpopularniejszy z nich to pebre – dodawany niemal do wszystkiego. W jego skład wchodzą pomidory, cebula, czosnek, chili i kolendra i oczywiście oliwa (a chilijska jest podobno jedną z najlepszych na świecie). Pychota!

Wszechobecne są również empanadas – nadziewane mięsem, serem, warzywami i oliwkami pierożki z kruchego ciasta, które jada się tu również z okazji święta narodowego w ilościach hurtowych. Wspaniale sprawdzają się jako przekąska pomiędzy posiłkami, choć te nadziane mięsem potrafią zaspokoić głód na dłużej. Sporo dań bazuje na fasoli, polencie i kukurydzy. Naszą odmianą rosołu jest zupa z kurczakiem, dynią i ziemniakami.

Oczywiście wpływy kuchni hiszpańskiej widać na każdym rogu – my przekonaliśmy się o tym wcinając churros, czyli tradycyjny, tłusty wypiek hiszpański o podłużnym kształcie i przekroju gwiazdy, nadziewany… dulche de leche. Po niewielkiej porcji takiego smakołyku człowiek się ledwo rusza. Nasze pączki to przy tym pikuś!

Wśród deserów popularne są też ciastka i tarty z rabarbarem – jest to dla mnie spore zaskoczenie, pewnie to jedna z ostatnich rzeczy jakich bym się tutaj spodziewała.

Dziwi nas też brak jedzenia na ulicy. Liczyliśmy na jakieś lokalne fast foody, które można przekąsić między jednym a drugim przystankiem na turystycznym szlaku, tymczasem nic podobnego nie udało nam się spotkać, nawet w Buenos Aires. Jedynie budki z churros i suszonymi glonami są dla nas atrakcją.

Niestety muszę przyznać, że brakuje mi w obu kuchniach przypraw, które nadawałyby potrawom niepowtarzalny smak i charakter.

Podane dania są zwykle tylko poprawne.Tak jak pisałam wcześniej – świeże i dobrej jakości składniki są wartością samą w sobie, jednak czasem chciałoby się, żeby zagrała w nich jakaś dominująca, charakterystyczna nuta.

Dziś jednak pożegnaliśmy się z Chile kulinarnie w sposób spektakularny- zjedliśmy przepyszną kolację w niepozornej i kameralnej restauracji Cafe Kaiken, w której szef kuchni osobiście poleca i serwuje przygotowane potrawy. Łosoś na warzywach (stir fry) i pieczonych ziemniakach to było niebo w gębie, ale i tak nie dorównywał on stekowi podanemu z risotto z suszonymi pomidorami. Do obiadu oczywiście lampka chilijskiego wina (zaskakująco kosztownego zważywszy na fakt, że jest produkowane na miejscu), na deser szarlotka z sosem porzeczkowym- jednym słowem pełna rozkosz. Najchętniej zabralibyśmy kucharza ze sobą, ale niestety- ruszamy dalej bez niego mając nadzieję na równie wspaniałe smaki w Argentynie.

Dodaj komentarz