U stóp wulkanu

Już wiemy jaki jest najbrzydszy region Nowej Zelandii. Dziś tamtędy przejeżdżaliśmy. Jakieś 30 kilometrów na północ od Wellington zaczyna się rozległa równina. Krajobraz zaczął wyglądać bardzo swojsko. Droga prowadzi przez małe miasteczka, w koło dużo gospodarstw rolnych, ale już nie tak malowniczych jak na Wyspie Południowej. Ludzi, domów i samochodów zdecydowanie więcej. Odwykliśmy już od tego.
Na szczęście wszystko wraca do nowozelandzkiej normy na północ od Wanganui. Znów malownicze pagórki pełne owiec, kręte drogi i prawie całkowity brak oznak cywilizacji. No i w końcu wulkany…
Najpierw naszym oczom ukazały się ośnieżone zbocza Ruapehu. Wulkanu mordercy. W pamięci okolicznej ludności do dziś tkwi historia z 1953 roku. Po erupcji powstała olbrzymia lawina błota, wody i skał. Zniszczyła ona wiadukt kolejowy tuż przed przejeżdżającym pociągiem na trasie Wellington – Auckland. Zginęło 151 osób. Dziś jego krater, spowity chmurami, jest uśpiony, ale Ruapehu regularnie daje o sobie znać. Od tamtej tragedii eksplodował ponad 60 razy, w tym ostatnio bardzo silnie w latach 1995-1996.
Obok dwa mniejsze i mniej śmiercionośne wulkany – Ngauruhoe i Tongariro. Ale też groźne. Ten ostatni wybuchł niewiele ponad rok temu. Od tamtej pory część szlaków turystycznych w okolicy jest zamknięta. Jednak te, które nadal są dostępne, pozwolą nam jutro na zdobycie jego stoków i przyjrzenie się z bliska jego majestatowi. Oby pogoda dopisała.

Ngauruhoe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *