Udvözöljuk

To nasz pierwszy tak krótki wyjazd za granicę. Zaledwie 72 godziny w Budapeszcie. A zatem wszystko musi być bardziej dynamiczne i szybsze. Wpisy blogowe też. Dlatego dziś tylko kilka zdań…

Lot – wyjątkowo szybki, bo z wiatrem, który rzucał naszym samolotem przy lądowaniu niczym małą plastikową zabawką.
Przylot – czemu jak lecisz tanimi liniami, to musisz przejść na własnych nogach przez pół płyty lotniska zanim trafisz do hali przylotów?
Przywitanie – Udvözöljuk! No chyba, że to jednak znaczy coś innego 😉
Transport – dostrzegam plusy tego, że nasze metro w Warszawie jest nowe. 40 lat to przepaść.
Zaskoczenie – nie pamiętałem jak wielu tutaj bezdomnych… U nas jednak mniej.
Kolacja – musiała być po węgiersku: alfödi gulyásleves (gulasz), magyaros szűzérmék (leczo) i somlói galuska (nie wiem, ale najważniejsze, że było z bitą śmietaną).
Spacer – … jak w kieleckim, ale jutro ma być słońce.
Miasto – takie jak je zapamiętałem, dostojne, trochę puste, ale piękne.

Dla łasuchów zdjęcia z obiadu:

alfödi gulyásleves (gulasz)
alfödi gulyásleves (gulasz)
magyaros szűzérmék (leczo)
magyaros szűzérmék (leczo)
somlói galuska
somlói galuska