fbpx

Longyearbyen – tu wszystko jest najbardziej na północ!

Prawie osiem miesięcy temu Święty Mikołaj, przyniósł mi bilety lotnicze na Svalbard. Szczerze przyznam, że czas do wyprawy niesamowicie się dłużył, a im bliżej daty wyjazdu tym bardziej nie mogłem się go doczekać. W końcu jednak stało się – przylecieliśmy do Longyearbyen, jesteśmy na Spitsbergenie! No ale po kolei…

Lot za kołopodbiegunowe

Lot tym razem wyjątkowo nie z Warszawy lecz z Gdańska, z międzylądowaniem w Oslo. Ze stolicy Norwegii wystartowaliśmy około 21:30, prawie godzinę po zachodzie, czyli praktycznie już w ciemnościach. Ale lot latem, na północ, ma ten niesamowity urok, że lecisz w stronę słońca. To wyjątkowe wrażenie, bo pomimo coraz późniejszej pory i niezmienności strefy czasowej, z każdą chwilą niebo robi się coraz jaśniejsze. Około północy za oknem samolotu było już praktycznie zupełnie widno, a naszym oczom zaczęły ukazywać się góry Svalbardu majestatycznie wynurzające się z morza.

Svalbard, Spitsbergen

Svalbard, Spitsbergen

Pierwsze spojrzenie na Spitsbergen

To był niesamowity widok – przelatywaliśmy nad olbrzymimi lodowcami, które kończyły się w mroźnych fiordach. Widać było nawet olbrzymie lodowe bloki poodrywane od lodowych jęzorów. W jednej chwili przestałem żałować, że w czasie pobytu na Nowej Zelandii nie zdecydowałem się na lot helikopterem nad lodowcem. Tu miałem ich kilkanaście, jeden obok drugiego – może z większej wysokości, ale ilość i wielkość robiła niesamowite wrażenie.

Nagle pośrodku tej lodowej krainy spostrzegłem małe domki i lotnisko. Jak później sprawdziłem na mapach, była to miejscowość Sveagruva, w której znajduje się jedna z trzech do dziś działających na Spitsbergenie kopalni węgla (jedna z największych w Europie). Obserwując to z góry trudno uwierzyć, że na tym pustkowiu i w tych warunkach ktokolwiek mieszka i pracuje.

Spitsbergen – słońce świeci od kwietnia do sierpnia

W Longyerabyen wylądowaliśmy jakieś 30 minut po północy. Jest widno! Dzień polarny – słońce nie zaszło i nie wzejdzie, cały czas utrzymuje się nad horyzontem. Ale tylko do czwartku. Wtedy zajdzie pierwszy raz od połowy kwietnia. Dzień będzie się skracał w zastraszającym tempie, na początku nawet o godzinę w ciągu doby, a 26 października słońce zajdzie na kolejne miesiące i Longyearbyen pogrąży się w przeraźliwych ciemnościach, aż do początku marca.

Svalbard, Longyearbyen, Spitsbergen

Do hotelu dotarliśmy przed drugą w nocy. Trudno zasnąć gdy za oknami wciąż widno, a promienie słoneczne przebijają się przez każdą możliwą szczelinę w zasłonach. Rano szybkie śniadanie, herbata do termosu i ruszamy na miasto, uprzednio zakładając na siebie kilka warstw ciepłych ubrań. Na zewnątrz mimo ciągłego słońca jest prawie 0 stopni.

Longyearbyen, domki

termometr

Longyearbyen urzekająca pustka

Longyearbyen urzekło nas od pierwszego wejrzenia. Trudno powiedzieć z jakiego powodu, bo gdyby się dłużej nad tym wszystkim zastanowić to w zasadzie nic tu nie ma – jest ogromna pustka, kolorowe domki rozrzucone jak klocki między wzgórzami i niewiele ponad 2000 ludzi, którzy zdecydowali się na życie w tych trudnych warunkach. Natychmiast jednak odnajdujemy spokój ducha i izolację od pędzącego szaleńczo na co dzień życia. Nie ma miliona bodźców, nie ma hałasu – tylko my i przepiękna, majestatyczna przyroda.

Longyearbyen

Historia Svalbardu i Longyearbyen

Historia Svalbardu sięga XII wieku, jednak właściwego odkrycia dokonał dopiero w XVI wieku Willem Barents. Longyearbyen jest najstarszą osadą na Svalbardzie, która nazwę zawdzięcza Amerykaninowi – John Munro Longyear rozpoczął tu wydobycie węgla w 1906 roku. Jego firma była w zasadzie jedynym właścicielem miasteczka. Z czasem Longyearbyen przeszło pod jurysdykcję norweską. Operacje wydobywcze węgla odbywały się pod szyldem kompanii Store Norske. Dopiero w 1976 roku Longyearbyen przestało być miastem firmowym i stało się normalną częścią norweskiego terytorium. Wtedy rozpoczęto budować szkoły i przedszkola oraz szpital, a miasteczko zaczęło funkcjonować w ogólnym obiegu informacji i przestało być miejscem wyizolowanym od świata.

Prawdziwy przełom nastąpił w momencie wybudowania lotniska cywilnego – oczywiście jest to najdalej na północ wysunięte lotnisko międzynarodowe na świecie. Do 1974 roku Longyearbyen było odcinane od świata w czasie zimy. Można się tam było dostać tylko statkiem, co było niemożliwe gdy wejście do portu zamarzało. Moment wybudowania lotniska, które umożliwiło regularne dostawy żywności i wszelkich innych produktów potrzebnych człowiekowi do życia, uznaje się za najważniejszy we współczesnej historii miasta.

Longyearbyen, pomnik

Turystyka zamiast górnictwa

Od lat 90. ubiegłego wieku Longyearbyen wkroczyło w nowy etap rozwoju – górnictwo odgrywało coraz mniejszą rolę, zaczęła rozwijać się turystyka, a także przemysł naukowo-badawczy. W centrum miasta znajduje się uniwersytet, a swoje stacje badawcze ma wiele różnych państw (w tym m.in. Polska). Każdy kto chce się tu osiedlić musi mieć pracę, a spora część takich osób to właśnie naukowcy z całego świata. Poza tym spotkacie tu oczywiście całkiem sporo turystów, bo w sezonie letnim w Longyearbyen ląduje codziennie 5 samolotów rejsowych, często wypełnionych po brzegi.

samolot Norwegian

Longyearbyen, znak
znak ze skuterem

Atrakcje Longyearbyen

Nasz hotel położony jest 2 km od centrum miasta. Idąc w kierunku kościoła zwracamy uwagę na szyby opuszczonych kopalni, które jednoznacznie nawiązują do dawnych dziejów miasta. Sceneria jest absolutnie filmowa. W kościele przy wejściu wisi kartka z prośbą o zdjęcie butów. Jesteśmy tym trochę zdziwieni, ale później okazuje się, że dotyczy to większości miejsc: muzeów, informacji turystycznej, hoteli, domów prywatnych i urzędów. Są kapcie na zmianę, ale można też chodzić w skarpetkach. O ile latem pomysł może wydawać się nie do końca uzasadniony, tak zimą gdy za oknem śnieg, plucha i zawierucha jest to na pewno bardzo praktyczne rozwiązanie. W kościele można napić się herbaty, skorzystać z bezpłatnego wifi, zrobić zdjęcie z niedźwiedziem i rozgrzać zmarznięte kości.

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kościół

Longyearbyen, kościół
niedźwiedź polarny, kościół

Longyearbyen, kościół

Z kościoła idziemy w kierunku starych zabudowań kopalnianych. Jak się później okazuje – nieświadomie łamiemy prawo, gdyż znajdują się one poza terenem, po którym można poruszać się bez broni. Na szczęście nie spotykamy żadnego niedźwiedzia i bezpiecznie wracamy w stronę miasta. Zwracamy uwagę na nowoczesny dom kultury i sporych rozmiarów halę sportową. Nasz następny przystanek to muzeum Svalbardu. W tym niewielkim budynku przedstawiono historię wyspy, a także arktyczną przyrodę. Wstęp kosztuje 70 koron, ale nie jest to naszym zdaniem miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić. Chyba, że pogoda nie dopisuje lub nie macie innych pomysłów na spędzenie czasu. My wolimy pokręcić się po mieście.

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Longyearbyen, kopalnia

Wchodzimy w kolejne uliczki (które nie mają nazw, a jedynie numery) i oglądamy z bliska kolorowe domki. Przed każdym z nich stoją skutery (jest ich tu więcej niż samochodów i ludzi i jest to główny środek transportu) i narty. Gdzieniegdzie suszy się mięso. W końcu trafiamy na główny deptak, wzdłuż którego znajdują się restauracje, kawiarnia i sklepy z pamiątkami. A także poczta, bank i pomnik górnika oraz jedyny w mieście supermarket. Wszystkie te rzeczy należą oczywiście do kategorii „najbardziej północne na świecie“. Co ciekawe jest tu również tajski sklep – okazuje się, że to druga, po Norwegach, najbardziej liczna społeczność w Longyearbyen. Pracujący tu górnicy często odwiedzali Tajlandię szukając miłości, a wakacyjne romanse owocowały często małżeństwami. Tajskie żony przyjeżdżały więc w Longyearbyen i niekiedy sprowadzały innych członków swoich rodzin.

Longyearbyen

Longyearbyen
skuter śnieżny

Longyearbyen

Longyearbyen

Svalbard
Longyearbyen, pomnik
poroże
mapa

Longyearbyen

Ceny na Spitsbergenie

Obiad jemy w restauracji Kroa, z myśliwskim charakterem i wystrojem. Ceny zwalają nas z nóg i cieszymy się, że mamy ze sobą własne jedzenie, bo inaczej poszlibyśmy z torbami. Ale dla mieszkańców nie są to gigantyczne kwoty. Średnia płaca na archipelagu to około 20 000 NOK, czyli 10 tys PLN. Sporo osób zarabia jeszcze więcej, ale wydają równie dużo, bo ceny są tu jeszcze wyższe niż w kontynentalnej Norwegii. Najdroższe są owoce i warzywa, bo płaci się nie tylko za witaminy, ale przede wszystkim za ich transport. Svalbard ma za to status strefy wolnocłowej, więc alkohol i papierosy są tu tańsze niż u nas. Mieszkańcy miasta mają ograniczone ilości wódki i piwa, które mogą kupić co miesiąc (wino nie podlega restrykcjom) natomiast turyści muszą przy zakupie okazać bilet lotniczy.

Wysmagani arktycznym wiatrem wracamy do hotelu. Jutro planujemy trekking do Fuglefjella. Sen przychodzi szybciej niż wczoraj, choć zegar biologiczny trochę wariuje, gdy na zewnątrz nieustannie świeci słońce. Za to wiemy już, że złapaliśmy bakcyla północy i będziemy chcieli tu wrócić.

Polecamy atrakcje w okolicy:

Podobał Ci się nasz artykuł? Kliknij "Lubię to!", "Udostępnij" lub oceń go!

4.8 - (Głosy: 6)