Kōyasan, czyli nocleg u mnichów

Gdy usłyszałam o Kōyasan po raz pierwszy pomyślałam: ot, kolejne miejsce, w którym znajdują się świątynie. Nie zrozumcie mnie źle, ale podróżowanie po Japonii to w dużej mierze odwiedzanie wielu różnych świątyń, więc przyznaję – przy pierwszej selekcji nie zwróciłam na nie szczególnej uwagi. Dopiero później, gdy zaczęłam czytać różne relacje z podróży i oglądać zdjęcia w internecie, Kōyasan wskoczyło na naszą listę. W końcu okazja by nocować w buddyjskiej świątyni może się szybko nie powtórzyć. Pomyślałam, że to musi być mistyczne doświadczenie.
Z Osaki wyruszyliśmy w kierunku Kōyasan niezbyt wcześnie, bo w świątyni można się zameldować w ściśle określonych godzinach, między 15:00 a 17:00. Podróż zajęła nam około dwóch godzin: najpierw pociąg z Osaki (stacja Shin-Imamiya) do Gokurakubashi, przesiadka do stromej kolejki szynowo-linowej, a następnie autobus, który dowozi turystów ze stacji do miasteczka. Brzmi skomplikowanie? Nie w Japonii, gdzie wszystko jest ze sobą precyzyjnie zsynchronizowane. Panowie z obsługi zadbają o to, byśmy nie zgubili drogi z pociągu do kolejki i z kolejki do autobusu, mimo że oznakowanie jest czytelne, a kolejne środki transportu znajdują się w zasięgu wzroku. Warto też pomyśleć o małym bagażu podręcznym, by nie dźwigać ciężkich walizek na jeden nocleg, tym bardziej że pociąg do Gokurakubashi jest zwykłym pociągiem osobowym, a w kolejce i autobusie też nie ma zbyt dużo miejsca. A turystów w tym kierunku podróżuje sporo.

Gokurakubashi, Koyasan

Nocleg u mnichów w Kōyasan

Dotarliśmy do świątyni, w której czekał nas nocleg w tradycyjnym japońskim pokoju z pięknym widokiem na ogród. Gdyby było kilka stopni cieplej i gdyby nie padał deszcz, na pewno docenilibyśmy go znacznie bardziej.
Z drugiej strony brzydka pogoda pozwoliła nam na chwilę się zatrzymać, odetchnąć i z czystym sumieniem nic nie robić, bo ciągle na wakacjach mamy z tym problem. Zawsze chcemy więcej, dalej i żeby zobaczyć wszystko. Tymczasem utknęliśmy na odludziu, deszcz lał jak oszalały i nie pozostało nam nic innego jak wykorzystać ten czas na odpoczynek. Najpierw rozgrzaliśmy się pijąc herbatę przy kotatsu (japoński stół podgrzewany, nakrywany dodatkowo kocem lub kołdrą, który z wielką przyjemnością zabralibyśmy do Polski), a później skorzystaliśmy z dobrodziejstw sentō, czyli tradycyjnej łaźni, w której znajduje się basenik z gorącą wodą. Dziś zwyczaj chodzenia do sentō trochę już zanika, ale w czasach gdy łazienka w mieszkaniach była luksusem, do japońskich obyczajów należało odwiedzanie łaźni przynajmniej dwa razy w tygodniu.

Koyasan, Daimyooin

Koyasan, Daimyooin Koyasan, Daimyooin

Koyasan, Daimyooin

O 18 czekała na nas kolacja, na której mieliśmy zjawić się ubrani w yukatach. Był to wyjątkowy posiłek, bo kuchnia mnichów to wegetariańskie postne potrawy – shōjin ryōri, opierające się na dzikich warzywach (zwanych sansai, dosłownie „górska zielenina”), grzybach, tofu i ryżu. Bardzo dużo nowych i zaskakujących, aczkolwiek nie zawsze przypadających do gustu, smaków i tekstur. Tempura, różnego rodzaju pikle, roślinny wywar, ryż z warzywami, zupa miso, sezamowe tofu, niestety nie jestem w stanie odtworzyć szczegółów. Niepowtarzalne doświadczenie i smaki które będziemy pamiętać.

Koyasan, Daimyooin

Koyasan, Daimyooin, kolacja Koyasan, Daimyooin, kolacja

Koyasan, Daimyooin, kolacja Koyasan, Daimyooin, kolacja

Koyasan, Daimyooin, kolacja Koyasan, Daimyooin, kolacja

Zasnęliśmy wcześnie, bo następnego dnia czekała nas pobudka o 6:30. Mogliśmy uczestniczyć w porannej modlitwie mnichów, która zaczynała się pół godziny później. Lekko zaspani usiedliśmy w świątyni i wsłuchiwaliśmy się w hipnotyzujący śpiew modlitwy o nasz dobrobyt i zdrowie. Wizytę u mnichów zakończyliśmy wegetariańskim śniadaniem i krótkim spacerem po ogrodzie bo wreszcie przestało padać. Do Kōyasan przybywa rocznie około miliona pielgrzymów, więc pomimo że wiele świątyń oferuje noclegi o miejsce w nich nie jest łatwo. Rezerwację należy zrobić z wyprzedzeniem za pośrednictwem strony shukubo.net, choć podobno część świątyń można już znaleźć nawet na booking.com. I tu niestety nie możemy nie napomknąć o tym, że jest to oczywiście wspaniałe doświadczenie, ale również całkiem niezły biznes, bo ceny noclegów zaczynają się od 10 tysięcy jenów za osobę, a w najbardziej popularnych miejscach osiągają znacznie wyższe sumy. Mnożąc to przez wspomniany milion turystów rocznie chyba rozumiecie co mam na myśli. Mimo to warto wybrać się tam na dwudniową wycieczkę z Kioto lub Osaki, bo oprócz noclegu w świątyni jest w Kōyasan co zobaczyć.

Co warto zobaczyć w Kōyasan?

Góra Kōya to najważniejszy w Japonii ośrodek buddyzmu szkoły shingon, utworzonej na początku IX wieku przez słynnego mnicha Kukaia (znanego pod imieniem Kōbō). Zmęczony życiem w Kioto podróżował on bezdrożami obecnej prefektury Wakayama w poszukiwaniu odludnego miejsca, w którym on i jego uczniowie mogliby zgłębiać nauki shingon. Dało to początek życiu klasztornemu na Kōya, gdzie znajduje się dziś ponad 100 świątyń, w dużej części dostępnych dla turystów. Tam gdzie na górę wspiął się Kukai, stoi 25 metrowa brama Damian z 1705 roku. Mając kilka godzin na zobaczenie najważniejszych miejsc zdecydowaliśmy się na spacer wokół placu Garan. Znajdujący się na nim pawilon Kondō i pagoda Konpon Daitō były pierwszymi obiektami, których budowę rozpoczął Kukai. Później pojawiły się jeszcze Wschodnia i Zachodnia Pagoda. Nieopodal znajduje się świątynia Kongōbu-ji, najważniejszy ośrodek kultu dla wyznawców buddyzmu shingon.

Koyasan

Koyasan Koyasan

Koyasan

Koyasan

Największe wrażenie zrobił na nas jednak cmentarz Okunoin na którym spoczywa Kōbō Daishi. Jest to jednocześnie największa w Japonii nekropolia, która rozrasta się w niekontrolowany sposób, a już teraz pochowanych jest tam około 200 tysięcy osób. Na nowszej części cmentarza można zobaczyć zaskakujące pomniki, na przykład rakietę, marmurowego psa, czy filiżankę kawy zdobiącą mogiłę założyciela firmy UCC Coffee. Jesteśmy zadziwieni, bo u nas przecież nikt w taki sposób nie identyfikuje się z firmą, nawet jeśli był jej prezesem. Co więcej – na grobach właścicieli wielkich korporacji stoją skrzynki do których odwiedzający mogą wrzucać swoje wizytówki prosząc tym samym o wstawiennictwo. Zabytkowa część cmentarza położona w cedrowym lesie jest znacznie piękniejsza. Magiczna. Każdy grób jest inny, wiele nadgryzionych już zębem czasu, porośniętych mchem. Te przybrane w trójkątne śliniaczki to groby dzieci nienarodzonych lub umarłych w wieku niemowlęcym. Można tam spędzić kilka godzin przechadzając się wśród zacienionych alejek i wsłuchując się w śpiew ptaków. Dotarliśmy też do mauzoleum Kukaia i do świątyni Tōrōdō wypełnionej wiecznie palącymi się 10 tysiącami latarni. Zastanawiam się jak wyglądało to miejsce przed wynalezieniem elektryczności. Niestety po przekroczeniu mostu Mimyōnohashi nie można robić zdjęć, więc nie możemy Wam jej pokazać. W drodze powrotnej minęliśmy jeszcze Gokusho, czyli miejsce składania ofiar otoczone posążkami bodhisattwy Jizō, opiekuna dzieci i podróżnych. Można też przy pomocy kamienia Miroku poddać ocenie swój charakter. Jeśli uda Wam się kamień leżący w drewnianej klatce podnieść jedną ręką i nie jest to wielki wysiłek oznacza, że postępujecie dobrze. Nam ledwo udało się go przesunąć i mamy wrażenie że tylko osiłek miałby szansę wykonać to zadanie. W połowie drogi znajduje się też Studnia Lustrzanego Odbicia. Legenda głosi, że jeśli zajrzy się do niej i nie zobaczy własnego wizerunku, umrze się w ciągu trzech lat.

Koyasan, cmentarz Okunoin

Koyasan, cmentarz Okunoin

Koyasan, cmentarz Okunoin Koyasan, cmentarz Okunoin

Koyasan, cmentarz Okunoin

Koyasan, cmentarz Okunoin, mnich

Koyasan, cmentarz Okunoin

Koyasan, cmentarz Okunoin

Do Osaki wracamy późnym popołudniem, ale wieczorem decydujemy się jeszcze na „Osaka by night”. Kierunek: Dontonbori, ale o tym już następnym razem.