Śladami bocianów – Faro, Tavira i Olhão

Do Faro dotarliśmy późnym wieczorem i już kompletnie bez sił nawet na krótki spacer (to się nazywa odpoczynek!). Ale następnego dnia obudziło nas piękne słońce, więc pełni energii ruszyliśmy na miasto. Podobno Faro przeżywa obecnie swoją drugą młodość – zawdzięcza to pięknym plażom i międzynarodowemu lotnisku. Faktycznie, huk samolotów słychać w samym centrum starego miasta średnio raz na 5 minut, co z punktu widzenia turysty szukającego spokoju i odpoczynku raczej nie jest zaletą. Ale słychać też donośny klekot bocianów i mówiąc szczerze, po naszej wizycie w Portugalii zastanawiamy się dlaczego to Polskę uważa się za ojczyznę tych ptaków. Mamy nieodparte wrażenie, że jest ich tu znacznie więcej niż u nas! Ciekawostką jest również fakt, że często żyją w miastach i wydają się być bardzo oswojone, zadomowione i przyzwyczajone do miejskiego gwaru! Bezsprzecznie podoba im się w Faro.
A co warto tu zobaczyć? Na pewno trzeba zajrzeć do średniowiecznej katedry, kościoła Karmelitów i Kaplicy Kości, a potem zgubić się w labiryncie ulic starego miasta. Ale jak powiedziała spotkana przez nas Polka (mieszkająca w Faro od kilku miesięcy): w zasadzie to by było na tyle.

Natomiast jest jeszcze jedna rzecz na którą warto, będąc w Faro, poświęcić trochę czasu. Jest to mianowicie Park Krajobrazowy Rzeki Formosa, rozciągający się na powierzchni 180 km kwadratowych. Z Faro wyruszają do niego wycieczki przyrodnicze podczas których można obserwować bogatą florę i faunę, a przede wszystkim ptaki. Podczas 3,5 h rejsu katamaranem odwiedziliśmy też wyspy Culatra, Farol i Desserta, które oferują turystom piękne i rozległe piaszczyste plaże. Jest to również nie lada gratka dla spotterów, bo gdy jest się na rzece, samoloty przelatują nam tuż nad głowami.

Z Faro udaliśmy się do Taviry i to ona skradła nasze serca. Jest niezwykle urocza, kameralna i spokojna. Nie przyjeżdża się do niej dla konkretnego zabytku, ale właśnie dla atmosfery i dla kontemplowania niespiesznie płynącego życia. Spacerując wąskimi uliczkami można zapomnieć o bożym świecie. Wszechobecne azulejos, małe restauracje i kawiarnie to kwintesencja Portugalii. A na koniec koncert lokalnych muzyków na moście i lampka wina z widokiem na główny plac miasta. Czego chcieć więcej?

Na kolację jedziemy do Olhão. Właściciel hotelu poleca nam kilka restauracji, które okazują się być… bardzo oblegane. Chyba pierwszy raz w trakcie naszych podróży spotykamy się z sytuacją, że trzeba dokonać wcześniejszej rezerwacji, jeśli chce się zjeść kolację w wypatrzonym miejscu. I to nawet nie jest kwestia ruchu turystycznego – Portugalczycy po prostu uwielbiają jeść i celebrować posiłki w restauracjach. Na szczęście udaje nam się znaleźć wolny stolik w Bioco i rozsmakowujemy się w serwowanych tapas. Ale nie są to hiszpańskie, malutkie tapas, tylko samodzielne dania, wiec z restauracji niemal się wytaczamy – tak jesteśmy objedzeni. Ponieważ jest już późno boczne uliczki są opustoszałe i nie zachęcają do nocnych spacerów. Ale gdy rano odwiedzamy je ponownie okazuje się że Olhão jest również bardzo sympatycznym miastem.
Jadąc w te okolice miejcie na uwadze fakt, że w Olhão odbywa się jeden z największych targów rybnych – od poniedziałku do soboty w godzinach 9:00-13:00. W niedzielę niestety jest nieczynny, więc z lekkim niedosytem odjeżdżamy na północ kraju i żegnamy się z Algarve.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *