Samochód z Apex Rental Car

Ponieważ podróż sama w sobie się już prawie skończyła (czekamy na lotnisku na samolot), przyszedł czas na różne podsumowania. Zacznijmy od naszego najwierniejszego towarzysza, czyli Forda Focusa z silnikiem benzynowym 2.0 z 2007 roku. Przypomnijmy, że wypożyczyliśmy go na cały miesiąc z lokalnej firmy Apex. Przed wyjazdem czytaliśmy wiele opinii o tej firmie, od skrajnie złych, po rewelacyjne. My jesteśmy z jej usług zadowoleni – sprawnie zorganizowany odbiór i dowóz na lotnisko, oraz wszystkie formalności. A po kraju jeździ bardzo dużo ich samochodów.
Auto spisywało się przez cały czas dobrze, choć chwilę zajęło nam przyzwyczajenie się do automatycznej skrzyni biegów. Co do kierownicy po złej stronie i ruchu po lewym pasie, to muszę się przyznać, że nawet pod koniec wycieczki potrafiłem pojechać pod prąd (na szczęście tylko na sekundę i głównie na parkingach podskelpowych) i wsiąść na miejsce pasażera (pasażerce też zdarzały się pomyłki) 😉
Przed wyprawą długo zastanawialiśmy się czy warto inwestować w dodatkowe ubezpieczenie samochodu. W końcu postanowiliśmy dołożyć 10NZD dziennie i mieć spokojną głowę. Czy się opłaciło? I tak i nie.
Z jednej strony bardzo. Możemy się już przyznać, że mieliśmy w ostatnich dniach małą przygodę. Gdy jechaliśmy zwykłą, asfaltową, prostą drogą (jedną z głównych krajowych) spod kół jadącego sąsiednim pasem samochodu wystrzelił w naszym kierunku kamyczek. Niby nic wielkiego, a jednak przednia szyba lekko pękła. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby sytuacja nie powtórzyła się za 10 minut i zaowocowała kolejnym pęknięciem. Zaczęliśmy wertować tekst ubezpieczenia i na szczęście dodatkowe obejmowało takie uszkodzenia.
A czemu ubezpieczenie się nie opłaciło? Gdy oddawaliśmy samochód nikt nawet nie zwrócił uwagi na pęknięcia szyby. Samochód został odebrany bez zastrzeżeń. Zresztą w czasie w jakim sprawdzano jego stan nie dałoby się zauważyć nawet braku koła. W każdym razie nawet gdyby ktoś na pęknięcie szyby zwrócił uwagę, byliśmy kryci ubezpieczeniem.
Biorąc pod uwagę naszą drobną przygodę i ilość nowozelandzkich dróg na których nie ma asfaltu, tylko pełno małych kamyczków, warto się ubezpieczyć. Oczywiście decyzja należy do Was, ale my nie będziemy ryzykować… Latające kamienie są wszędzie!

Nowa Zelandia - w drodze></p>

<script type= jQuery(document).ready(function($) { $.post('http://idziemydalej.pl/wp-admin/admin-ajax.php', {action: 'wpt_view_count', id: '5208'}); });